Wonny srebrzysty kwiat orchidei -
miłość zbłąkana w czarnej zawiei -
skrzydła rozpuścił nad nią krwawy sęp -
biedna królewna, gnijąca wśród kęp!...

Tęczami śniegu migoce ten kwiat,
ale się rdzawy w nim przesącza jad -
w słońca uściskach motyl drga leciuchno,
w mroku się jarzy zielonawe próchno.

- Wielu młodzianów legło u mych stóp -
mroźny, głęboki zapadał się grób -
księżyc się wznosi nad górą pustyni,
pałac samotny jak serce bogini.

Wśród nocnej ciszy miedziane Centaury
płyną w cieśninach i grają w litaury;
chrapliwym dźwiękiem swych poczwórnych płuc
świadczą, że kona ich z miłości wódz.

Syczącą głownię rzuciłam do nóg -
inny mię pojął - tam w podziemiach - bóg!

Centaurze młody, sercem obłąkany,
na dno kraterów zwiedli Cię szatany.

Wiatr zimnej nocy dworzec mój zapalił,
bór się w gałęziach opalonych żalił,
i poszłam w ciemność - czerwoną od łun
oczy objawień pełne i run.

Słońce, gdy skrzydła swe opuszcza w mrok,
tygrys raniony, gdy się pręży w skok -
taką ma krwawość i taki ma wzrok.

A śpiew na falach łamał się wśród burz.

- Tam, gdzie już słońce nie odwiedza krain,
- lecz harfiarz ciemny - starzec Wajnemain
- przyciąga z głębin ciche światło mórz -
- płynę wygnaniec, zabójca ojczyzny,
- [czasem mi tylko pachnie zagon żyzny]
- okręt steruję na złowrogi prąd,
- aby ominąć Gorgon śpiewnych ląd.

- Orki, Meduzy, czarne Kaszaloty,
- i wód miraże i tęczowe groty
- [fale mi szumią jakby pokos traw
- i śnię - mój dworzec z jodeł pośród raf].

- Na trąbie wodnej Norny mi zagrały
- okręt wirując poleciał na skały...

Gościu! Gorgony ty się boisz łon?
słuchaj, jak bije Ci wieczorny dzwon.

Tam nad jeziorem błękitnych lotosów
gwiazdę Twych natchnień przypnę do mych włosów -
kogo ja dotknę - ten nie wstanie już
z sennego łoża moich czarnych róż.

W jedwab Cię miękkiej otulę niewoli,
serce mi oddasz, które jeszcze boli -
słuchaj - rzuciłam je w świetlaną toń -
teraz na skrzydła moje pochyl skroń.

Hymn Twój poniesiesz umarłym narodom,
ja nieśmiertelną jestem, w śmierci młodą -
nie drżyj - to ramion moich tuli chłód -
na Eleuzyjskich polach jest Twój lud.

Zaklnę Cię w kamień i poświęcę bogom,
skrzydeł anielskich będziesz tlił pożogą,
patrząc na morza, nie czekaj nikogo,
wsłuchany w gwiazdy - idź Samotną Drogą.

Jam jest Gorgona, - kochanku mych łon -
słyszysz - wieczorny znów Ci zagrał dzwon.

Przy grobie Medyceuszów - W. Dyzmańskiemu.


Tak... więc mi radzisz jedno - zapomnienie -
i przyjaźń dajesz miłosiernej siostry...
Wiem - obowiązek, przysięga, sumienie -
wiem - i nie żądam - wolę ja nóż ostry,
niźli łagodne czyśćcowe płomienie.

Już późno... wróćmy. O, jak zmienne Lenko,
pogody świata - wiatr chmurzyska goni
i pędzi prosto - patrz - w Twoje okienko
podniebne, skryte w hiacynty i bluszcze -
i tam łzy drobne, rzęsiste uroni.

Czy wiesz? gdy drżący wicher w szyby pluszcze
mam dziwną pewność i dziwną obawę,
że tak sam jeden będę w dni szarawe
umierał... Nie myśl, że straszyć chcę zgonem -
poję się życiem, jak faun winogronem.

Otóż i dom Twój. Deszcz okrutny siecze.
Wszelka tragedia swą banalność wlecze.
Milczysz? wciąż milczysz... i oczy masz wbite
w szorstkie, zdeptane, brukowe kamienie -
ja wiem - tam czytasz napisy wyryte -
ja zgadnę:
"depce po nas przeznaczenie"...

Mej duszy osnowa,
którą ci składam na wieczność:
był ból i była konieczność
i Kain i grzech i Jehowa
i ducha śmiertelny głód -
a teraz wolność - i cud.
Widzisz bezgrzmotne błyskania?
piorun się w tej chmurze chowa.
Z płomiennej róży kochania
kto się skałą nie narodzi -
zginie w powodzi.
Śmiejesz się smutno - ciemne moje słowa... .
trzeba zwyciężać... zwyciężać... bądź zdrowa.