Znam wszystko w życiu, co poznać jest warto:
puszcze i stepy, wulkany i morza -
znam drogi proste i kręte bezdroża,
a na Tarpei mą duszę rozdarto -
znam krwawe zemsty i proch przed kościołem
i bramę piekieł, na którą się wspiąłem.

Wierzyłem Panu. O i dzisiaj wierzę -
lecz Bóg mój nie jest już Bogiem zbawienia -
błąkam się w cichym podwórcu więzienia,
patrząc, jak walczą dwaj czarni szermierze
o czyjeś serce; patrząc w mgławicowe
światy - i starca wiecznego - Jehowę.

W pałacu lilii krąży bóg miłości -
złoto-zielony świetlak; nad jeziorem
latają jętki - w wonnem lazurowem
przestworzu, bo jabłoń dziś przyjmuje gości.
Lecz w kielich krople spadają goryczy -
węża zdeptałem - on zwinął się - syczy.

Pani K. Zielińskiej - chodząc nad stawem w Ż...


W mroku się idzie tam - kiedy wyje wiatr.
Zwiotszała kuźnia wśród rozstajnych dróg.
Za dnia nie ujrzysz jej -
hej - hej -
wyje wiatr.
Noc mroźna - wiatr wyrywa pnie,
sosny do ziemi gnie.
Za cmentarzem bije młot -
głuchy grzmot.
Kuj żelazo,
kuj żelazo -
okute serce nie pęka.
Skradam się - pod chaszczą zwalonych drzew -
przez rozerwane nawałnicą skiby -
do samej ściany, gdzie połyska żar.
Dziura jest w dylach: widzę -
niski człowieczek -
[chwilami wyrasta nad chmury]
z oczyma jak dwa lochy bez dna -
w wyschłych piszczelach rąk
dźwiga młot -
i podnosi z wolna -
jak nakręcona figura woskowa -
zaś opuszcza nagle z potęgą -
w straszne zębate kowadło,
na którym się wzdryga
rozkrwawiona hostia.
Ona oddycha, jak serce -
ona się przyczaja w sobie - i kurczy -
w blasku rozbryzganych płomieni
twarz bledsza od lilij
wschodniego księcia.
Oczy gasną cicho, jak księżyc na morzu,
tuląc się w wiekuisty bezmiar czarnych szafirów.
Ziemia się rozwarła
i jęło zapadać oberwisko meteorów
w ziejącą wśród głazów szczelinę.
A straszny ślepiec odepchnął kupę żużli nogą
i przez bór pędzi -
i znowu powraca -
sosny szumiące ugina jak rżysko.
Moje oczy stały się podobne do dwojga
zamarzłych okien.
On nie widzi -
nie ogląda się -
lecz czegoś szuka niewidomy -
i wygrzebuje coś skrytego w ziemi -
wtem wicher uderzył żelaznym skrzydłem
i runął - zawalił się dach.
- - - - - - - - - - - - - - - -
Idę śpiąc -
nogi mam, jak ciężkie czarne trumny.
Słyszę dźwięk trąbki
i skowyt ogarów -
siadłem w rowie -
głowa mi opadła:
idę już tak od wieków -
przeklęty - bez winy.
I obudził mnie mróz:
szumi las -
gdzie iść?
droga tu -
droga tam -
Wlecze się za mną brzydka ropucha.
Szatany z piskiem, jak szczury,
osuwają się po drzewach -
zmyliłem szlak -
wróciłem w miejsce, gdzie kuźnia.
Popiół zimny -
kładnę się na kupie żużli,
sen okrąża mnie, jak ryś -
nie wchodząc
do wnętrza zmartwiałej, nieruchomej ciszy.

Kochanemu bratu S. Maszewskiemu.