Na ciemnym morzu wicher rozpaczy
szarpie i targa żagiel tułaczy.
Płynę bez steru, płynę bez wiosła -
oby mię prędzej burza rozniosła!
Ja - rycerz dumny świętego Grala -
[duch mój się dotąd ogniami spala]
Różany ogród bożych tajemnic -
[dziś uroczysko mogilnych ciemnic]
Ja - com Chrystusa wynosił z grobu
[oto stygmaty na rękach obu] -
Ja i me gwiazdy cicho spadamy -
jak lilie zżęte w grobowe jamy.
Morze się pieni, ryczy jak lew -
nade mną stado znużonych mew.
Goni je, szarpie dzika rybitwa -
skrzydła ich błyszczą niby modlitwa.
Oh, dajcie łuk mój, który ocala -
wzdyma się grzywą ostatnia fala -
łódź wylatuje w obręczy pian -
na trąbach śmierci zagrał mi Pan.
Litości żebrze tłum obłąkany,
katedr się chwieją kamienne ściany,
runęły, gniotąc serca i mózgi,
w jelitach sterczą krzyża odruzgi.
Dłonie błagalne wbiły się w drzewo,
otchłań się kłębi z czarną ulewą,
na wirach tańczy ludzkość wyrodna,
pod serc nawalą krzyż idzie do dna.
Morze się pieni, ryczy jak lew -
nucę spokojnie ostatni śpiew.
jakby wewnętrznym płomieniem zatlonych kruszców, czerwienią się jak
żelazo w ogniu, złocą jak prastare bizantyjskie Madonny, aż zalane
fioletem coraz zimniejszym - poczynają stawać się bure jak opadłe
jesienne liście, zmyte nawałnicą i szrężogą.
I nagle przybierają bladość zamarzniętej twarzy - siną z białymi
wypiekami.
W powietrzu muzykowie nieba święcą gody, topnieje różowa ambrozja,
zanurza się listkami rozkoszy w ciemne wzruszone fale jeziora - i ono
poczyna się iskrzyć miriadą fioletowych ametystów.
Gór wierzchołki próbują się z martwych ożywiać, lecz już niezdrowym
ceglastym rumieńcem - popękane rozpadliny, skurczone i sczerniałe od
niewymownej męki - zapadają w szklistą i mroczną u stóp ich zadumę
jezior.
Niebo się srebrzy jak całun.
Chwila to najskromniejsza w zmierzchu olbrzymów.
Fale obłąkane - uwiedzione ostatnim pocałunkiem umarłego boga -
dźwignęły z dna czaRny, aksamitny kir - i, zarzuciwszy się nim, niby naga
kochanka żałobną opończą katafalku - poczynają szlochać - miękkim
pieszczotliwie tulącym się ciałem pluskają o głuche nieubłagane fatum
uwięzgłych brył.
I wtedy, w jęku fal, które się stają groźne i złe, jak Meduzy, w srebrnych
dzwoneczkach siklaw, które służą do Wieczornej Mszy - odbija się jeszcze
ton trzeci od tych granitowych świątyń, dźwignionych przed wiecznością na
opór błędnym topielom polarnego oceanu - ton najgłębszy rwących się
nieziemnych strun.
Na sczerniałej piramidzie zatopionej w mroku jeziora, granią wspartej o
gwiazdy - wśród ciemnych posępnych cmentarzysk i białych śmiertelnych
pól - wstępuje Widmo.
Zorały je lawiny, tocząc się po niedostępnych wirchach, przepastnych
krzesanicach, boleścią popękanych żlebach - i turni, szarej, ogromnej jak
pustynia.
W mroku, świecąc życiem upiornym, rozmachem genialnej fantazji
szaleńca, zdaje się iść:
z piersią wzniesioną, ciało wysmukłe gibkie wytężywszy naprzód, jakby
Młoda Pieśń szła niesiona wewnętrznym huraganem, - cudowne łono
dziewicze wystąpiło naprzód, zapładniane przez Mrok, do którego się
zbliża ruchem nóg gwałtownym, złowieszczym, nieprzepartym - jak Furia
idąca tak idzie on Duch tułaczy przez groby, otchłanie i własną bezmoc.
A w oddali szumią ciasne bory, straszną nieprzejednaną hamującą się
nienawiścią, jakby protestem głuchym życia przygniecionego żałobnym
wiekiem Oślepłej Harpii.