Indyjskie zwiewne kwiaty,
kwitnące raz w sto lat -
o piękna, wyjdź z komnaty,
jak księżyc spoza krat.
Na harfie gram Ci słowa,
które się lśnią jak żar -
czemuż Cię otchłań chowa
i Ty nie wstajesz z mar?
Ach, głupcy nie szaleją -
powiedział biedny Wil -
w nim bogi płaczą, lwy się śmieją
z przelotnych szczęścia chwil.
A smutek go pożerał
do Imogeny lic
i kwiaty z drzew odzierał,
rzucając w nicość - nic.
Wyjdź do mnie, o królewno,
choć mam żebraczy strój -
a rzeką gwiazd ulewną
firmament olśnię Twój.
Lecz biedne drzewko zsycha,
umarły siejąc kwiat -
i piosnka we mnie ścicha,
jak więzień spoza krat.
Goreje na kominku żar - my troje w świetlicy.
Mąż opowiada swe dziwne przygody wśród gór lodozwału
i jako Ciebie spotkał; - konając, doszedł do Twojej krynicy
i tu stał się młodzianem wśród nieśmiertelnego szału.
Mroczno w komnacie. My sami. Wybuchło zarzewie,
padają iskry, jak łzy. Wtem zda się - że my sobowtóry,
a nie ma mnie - tylko on z mym sercem idzie w różokrzewie
Twych włosów - i ust naszych splatają się chóry.
I nie ma mnie - a jednak cały tonę w Oceanie
Twojej bezdennej miłości - a kolan Twoich cudne Propileje
czekają na rydwan Zwycięzcy. I śmieję się - wesół niesłychanie!
Świat we mnie tańczy - i niebo z gwiazdami się śmieje!
I nie wiem już tej nocy, kto był z nas przy Tobie
Bezmierna radość - Życie nowe!
Reszta dopowie się w grobie.
"Ultima Thule", 2 X 1913 roku.