Widzę w Twych oczach ciemne morza tonie
i szafir nieba, co się w nich przegląda -
rozkosz otchłani, która śmiercią zionie -
ciszę bezmiarów - których się pożąda.

Lub mi się zdaje, że to leśne głusze
w podzwrotnikowym słońcu gorejące -
a w głębi zimne; strojne w pióropusze
tęczowych kwiatów, a od lian ginące.

Tak się w mej duszy mienią Twoje oczy,
że nic trwałego w nich, prócz tajemnicy.
I próżno pytam, czy mnie do świątnicy
ten sfinks prowadzi, czy pustych roztoczy,
gdzie palmy więdną na słonecznym skwarze
i tak do rajów podobne - miraże...


Na ciemnym morzu wicher rozpaczy
szarpie i targa żagiel tułaczy.
Płynę bez steru, płynę bez wiosła -
oby mię prędzej burza rozniosła!

Ja - rycerz dumny świętego Grala -
[duch mój się dotąd ogniami spala]
Różany ogród bożych tajemnic -
[dziś uroczysko mogilnych ciemnic]
Ja - com Chrystusa wynosił z grobu
[oto stygmaty na rękach obu] -
Ja i me gwiazdy cicho spadamy -
jak lilie zżęte w grobowe jamy.
Morze się pieni, ryczy jak lew -
nade mną stado znużonych mew.

Goni je, szarpie dzika rybitwa -
skrzydła ich błyszczą niby modlitwa.
Oh, dajcie łuk mój, który ocala -
wzdyma się grzywą ostatnia fala -
łódź wylatuje w obręczy pian -
na trąbach śmierci zagrał mi Pan.

Litości żebrze tłum obłąkany,
katedr się chwieją kamienne ściany,
runęły, gniotąc serca i mózgi,
w jelitach sterczą krzyża odruzgi.
Dłonie błagalne wbiły się w drzewo,
otchłań się kłębi z czarną ulewą,
na wirach tańczy ludzkość wyrodna,
pod serc nawalą krzyż idzie do dna.

Morze się pieni, ryczy jak lew -
nucę spokojnie ostatni śpiew.