Kwiat purpurowy marznie w lodowni
w upiornych snach -
dusza się błąka z zarzewiem głowni,
by odgnać strach.

Tam - na Golgoty krzyżu zawisnął
skrwawiony kruk -
harfa gra cicho - skrzydłami błysnął -
u Jego nóg.
A więc ty dziki śmiechu zwątpienia
składasz Mu łzy?
lecz to kość ludzką gryzły wśród cienia
zgłodniałe psy.

Hej, z maurytańskich śpiewnych sal
wybiega do mnie hurysa -
czarny płomienny jedwabny szal
z nagiego łona się zwisa.

Cyprysy - księżyc - fontann szmer -
zaczarowane ganki -
oddałem wszystkie gwiazdy sfer
za uścisk - Maurytanki

Newady śnieżne zimne szczyty,
gdzie orły z wrzaskiem krążą głodne,
sosen pachnących malachity,
mórz turkusowych szlaki wodne -

- widzę - czerwony mam puginał
i krwi na ciele moim plama,
gdym ją w uścisku już przeginał
ona o śmierć prosiła sama.

Na szafirowej snów głębinie
toną żałobne gwiazd mych łodzie.
A cień olbrzymi jest na wodzie
od chmury, która za mną płynie.

Oh, w ciemnym borze
słowiki nucą -
oh, na przestworze
gwiazdy!

Polecę - polecę - polecę -
i umrę - u Twoich nóg -
w głębokiej zimnej rzece -
śniąc, że u Twych nóg.

Dusza jak płomień biały
przez morza leci w dal -
ja rycerz Boga - lecz o skały
zmiażdżyłem święty Gral.

W przydrożnej wisiał iwie
skrwawiony za mnie Mistrz -
ja mam ran więcej! - orły żywi?
mym sercem - burzo świszcz!

Ach, w modrzewiowym dworze,
gdzie na kominku płonie żar,
(obroń tej myśli, Boże!)
podejdę w ciemny jar -
- - wilkołak! będę pił twą krew -

i twoje dziatki - -
wydrę im z trzew
ten jęk - co serce opiekielni -
matki!
Zawyje wicher, zawierucha -
i ujrzysz mojego ducha,
jak twojego męża głowę
będę wlókł -
i uderzę nią o przydrzwia brązowe.

i ujrzysz mię wśród zamieci,
jak będę go wlókł i krwawił -
i wyć będziesz - ty - i twoje dzieci
a szatan będzie z borów błogosławił
tej mocnej - jak śmierć - zemście...


Z bram czarnych idę Babilonu,
z ruin, gdzie ptastwo dzikie jęczy,
w mroku się bijąc o pierś dzwonu.

A ciała królów poszarpane
przez widm złowieszcze wardałaki,
a rzeki krwawą toczą pianę.

W pałacach pustych błądzą straże -
łańcuchem skuli czaszkę moją,
w piekielnym zanurzając warze.

Abbadon czekał z mię ofiary,
lecz anioł Boży wszedł do lochu -
legł z mieczem w sercu człowiek stary.

Po skałach zbiegłem stromych w morze,
śpiewem otchłani jęczą fale,
konchy, jak łzy me, lśnią w pokorze.

Słucham objawień Twych w głębinie -
komety się krzyżują w mroku,
okręt mój w Ciemność Bożą płynie.

Na włosach zmarłej gram pieśń Wschodu,
bym Cię nie przeklął Hieruzalem,
obłąkanego Ty narodu

Matko! - a bólem Twoim się opaszę,
a głowę swą na gwiazdach złożę,
wieczność, jak wino zleję w czaszę.

A kości moje wezmę z ziemi,
którą przyciemnił Duch Twój Pański,
i odtąd ziarnem bujnym plemi.

Krwi mej czerwone bystre prądy,
co wypłynęły z gór Taboru, -
nowe przelśnione ujrzą lądy.

Serce mam owoc z tego drzewa,
co kwitnie w raju snem Cherubów,
a ptak żałoby nad nim śpiewa.

A śpiew ten z harfy jest proroków,
z płomienia gwiazd i z męczenników,
z piorunów, z wichrów i obłoków
i z onych Judasza srebrników,
jenżmi Cię kupił człowiek, Boże.

Tyś tajemnicze posiał znaki,
abym powrócić mógł do Ciebie,
jak słońce w ojczyste zodiaki.

Ale mój okręt wiry niosą -
przebóg! pod więzień ślizgie ściany -
rozpacz mię krwawą zlewa rosą.

I szydzą ze mnie czarni straże
i krzyż gotują mi jutrzenki -
wracam w mych więzień kurytarze.

I to wszak darem z Twojej ręki -
ból - wieczność męki...