Samotny siedzę przy kominka blasku,
na ścianach drgają fantastyczne mary -
z bezdźwięcznym śmiechem w takt suchego trzasku
litanii słucham dusz - w łunach Ofiary.

Powoli smutek objął serce senne,
jak pająk muchę, w szarą swoją przędzę;
smutek tak wiotki, jako mgły wiosenne,
a tak bezbrzeżny, jako ludzkie nędze.

Łuczywo gaśnie - pokrwawione ściany
snują mi szeptem dziwne opowieści
"szedł w nocy młodzian z Chrystusem nieznany" -
a serce moje w okna mi szeleści.


Oh, zimno - czarno - źle -
wicher na polu dmie -
weź ono drzewko zmarznięte,
rzuć je do ognia - niech zgorze -
mój Boże!
a serce moje uczyń równie święte.


Memu Ojcu.

On do mnie pisał list - mój synuś mały!
patrząc się w księżyc - na szrężodze szyby
pisał mi rączką, że już nadleciały
aniołki - Pan Jezus przyjdzie - łowią ryby -
złote lśnią gwiazdki... - niech mój Tatuś wraca - Mama jest chora - Tatuś
caca -
mój Tatuś dusia...
Lecz pewno wstrzymały
chmury ten list, lub Anioł biały -
bo mi się nie wdarł promień w stalagmity
i nie oświetlił groty, łzami szumnej
i nie przypomniał, że są gdzieś błękity -
i Bóg - i w moim sercu dwie Jego kolumny.

Raduj się duszo moja w Panu,
rozbłyśnij, jak zorza, w purpurze
i zamek słońcu na strzelistej górze
wybuduj - w dal od czarnego tumanu.
Choćbyś utracił wszechświat - nie stracone
nic - bo masz dwa serca przelśnione
i na tych skrzydłach wylecisz wśród pieśni.

Tobie syneczku, - pisze Tatuś dusia,
że wróci - weźmie na rączki Jarusia
i będzie z Tobą zbierał fijołeczki
i będzie nucił piosneczki
o kwiatku, co się nie rozwinął wcześniej -
- i Mama już płakać nie będzie...

Ale Cień groźny idzie za mną wszędzie
i nie wiem, kiedy mię wyzwoli
z tych mroków - Bóg.