Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




O nocy cicha, nocy błękitna
u stóp Twych leżę, całując Cię -
warkoczy Twoich gąszcz aksamitna
po wzgórzach gwiezdnych w niebo się pnie.

Srebrzą się stawy, szumią potoki
i tylko serce w płomieniu burz -
idę w puszcz leśnych ciemne wyroki -
noc błękitna - żegnam Cię już.


jakby wewnętrznym płomieniem zatlonych kruszców, czerwienią się jak 
żelazo w ogniu, złocą jak prastare bizantyjskie Madonny, aż zalane
fioletem coraz zimniejszym - poczynają stawać się bure jak opadłe
jesienne liście, zmyte nawałnicą i szrężogą.
I nagle przybierają bladość zamarzniętej twarzy - siną z białymi
wypiekami.
W powietrzu muzykowie nieba święcą gody, topnieje różowa ambrozja,
zanurza się listkami rozkoszy w ciemne wzruszone fale jeziora - i ono
poczyna się iskrzyć miriadą fioletowych ametystów.
Gór wierzchołki próbują się z martwych ożywiać, lecz już niezdrowym
ceglastym rumieńcem - popękane rozpadliny, skurczone i sczerniałe od
niewymownej męki - zapadają w szklistą i mroczną u stóp ich zadumę
jezior.
Niebo się srebrzy jak całun.
Chwila to najskromniejsza w zmierzchu olbrzymów.
Fale obłąkane - uwiedzione ostatnim pocałunkiem umarłego boga -
dźwignęły z dna czaRny, aksamitny kir - i, zarzuciwszy się nim, niby naga
kochanka żałobną opończą katafalku - poczynają szlochać - miękkim
pieszczotliwie tulącym się ciałem pluskają o głuche nieubłagane fatum
uwięzgłych brył.
I wtedy, w jęku fal, które się stają groźne i złe, jak Meduzy, w srebrnych
dzwoneczkach siklaw, które służą do Wieczornej Mszy - odbija się jeszcze
ton trzeci od tych granitowych świątyń, dźwignionych przed wiecznością na
opór błędnym topielom polarnego oceanu - ton najgłębszy rwących się
nieziemnych strun.
Na sczerniałej piramidzie zatopionej w mroku jeziora, granią wspartej o
gwiazdy - wśród ciemnych posępnych cmentarzysk i białych śmiertelnych
pól - wstępuje Widmo.
Zorały je lawiny, tocząc się po niedostępnych wirchach, przepastnych
krzesanicach, boleścią popękanych żlebach - i turni, szarej, ogromnej jak
pustynia.
W mroku, świecąc życiem upiornym, rozmachem genialnej fantazji
szaleńca, zdaje się iść:
z piersią wzniesioną, ciało wysmukłe gibkie wytężywszy naprzód, jakby
Młoda Pieśń szła niesiona wewnętrznym huraganem, - cudowne łono
dziewicze wystąpiło naprzód, zapładniane przez Mrok, do którego się
zbliża ruchem nóg gwałtownym, złowieszczym, nieprzepartym - jak Furia
idąca tak idzie on Duch tułaczy przez groby, otchłanie i własną bezmoc.
A w oddali szumią ciasne bory, straszną nieprzejednaną hamującą się
nienawiścią, jakby protestem głuchym życia przygniecionego żałobnym
wiekiem Oślepłej Harpii.


Z bram czarnych idę Babilonu,
z ruin, gdzie ptastwo dzikie jęczy,
w mroku się bijąc o pierś dzwonu.

A ciała królów poszarpane
przez widm złowieszcze wardałaki,
a rzeki krwawą toczą pianę.

W pałacach pustych błądzą straże -
łańcuchem skuli czaszkę moją,
w piekielnym zanurzając warze.

Abbadon czekał z mię ofiary,
lecz anioł Boży wszedł do lochu -
legł z mieczem w sercu człowiek stary.

Po skałach zbiegłem stromych w morze,
śpiewem otchłani jęczą fale,
konchy, jak łzy me, lśnią w pokorze.

Słucham objawień Twych w głębinie -
komety się krzyżują w mroku,
okręt mój w Ciemność Bożą płynie.

Na włosach zmarłej gram pieśń Wschodu,
bym Cię nie przeklął Hieruzalem,
obłąkanego Ty narodu

Matko! - a bólem Twoim się opaszę,
a głowę swą na gwiazdach złożę,
wieczność, jak wino zleję w czaszę.

A kości moje wezmę z ziemi,
którą przyciemnił Duch Twój Pański,
i odtąd ziarnem bujnym plemi.

Krwi mej czerwone bystre prądy,
co wypłynęły z gór Taboru, -
nowe przelśnione ujrzą lądy.

Serce mam owoc z tego drzewa,
co kwitnie w raju snem Cherubów,
a ptak żałoby nad nim śpiewa.

A śpiew ten z harfy jest proroków,
z płomienia gwiazd i z męczenników,
z piorunów, z wichrów i obłoków
i z onych Judasza srebrników,
jenżmi Cię kupił człowiek, Boże.

Tyś tajemnicze posiał znaki,
abym powrócić mógł do Ciebie,
jak słońce w ojczyste zodiaki.

Ale mój okręt wiry niosą -
przebóg! pod więzień ślizgie ściany -
rozpacz mię krwawą zlewa rosą.

I szydzą ze mnie czarni straże
i krzyż gotują mi jutrzenki -
wracam w mych więzień kurytarze.

I to wszak darem z Twojej ręki -
ból - wieczność męki...