Las płaczących brzóz
śniegiem osypany,
pościnał mi mróz
moje tulipany.
Leży u mych stóp
konająca mewa
patrzą na jej trup
zamyślone drzewa.
Śniegiem zmywam krew,
lecz jej nic nie zgłuszy
słyszę dziwny śpiew
w czarnym zamku duszy.
Dałeś nam, Mroku, mieczów siedem,
a wszystkie miecze obosieczne:
nieszczęsną Miłość - brak Miłości,
wpatrzenie oczu ślepych - wieczne!
nieugaszonych marzeń - kwiat parości,
zwątpienie, które jest nam Credem;
zamek Chrystusa na bajorze;
tętent szatana wśród Golgoty -
i krzyż milczący, w głębiach złoty,
który niewiarą pług zaorze!
Widzę w Twych oczach ciemne morza tonie
i szafir nieba, co się w nich przegląda -
rozkosz otchłani, która śmiercią zionie -
ciszę bezmiarów - których się pożąda.
Lub mi się zdaje, że to leśne głusze
w podzwrotnikowym słońcu gorejące -
a w głębi zimne; strojne w pióropusze
tęczowych kwiatów, a od lian ginące.
Tak się w mej duszy mienią Twoje oczy,
że nic trwałego w nich, prócz tajemnicy.
I próżno pytam, czy mnie do świątnicy
ten sfinks prowadzi, czy pustych roztoczy,
gdzie palmy więdną na słonecznym skwarze
i tak do rajów podobne - miraże...