Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:





Milknie mój płacz.
Potoki śnieżnych kalin -
zwodzony most -
Boże mój, Boże, Boże!
już nic mam snów
i nagi wśród przehalin
tułam się drżąc, w prastarym jodeł borze,
gdzie milknie płacz -
gdzie huczy dzwonów morze.
Zgubione są me sny
i czarno-złote morze
uderza w moją pierś dzwonami wszystkich wiar -
tam w lody bije śmierć -
na harfach Jutrznia gra -
tam naród, lochy - Car!

Chcę odejść w głaz - w jezioro - w ciemny bór -
lecz kocham Ją -
tę Niewiadomą, co gra w dzwon.
Samotny jestem - sam -
płynęła moja krew
jak rzeka z górskich bram.

Albatros - goniąc jutrzenkę -
okrążył lazur ziemi
i nieruchomy zawisnął
na niewidzialnych promieniach -
o duszo, gdzie twój Bóg?
Turkot toczonych dział
strząsa mi kielich rosy -
tęsknię, umieram, płaczę -
tu pod szumiącą dziko tonią
w loch zawrzeć muszę Ją -
by rozkołysać złoty podziemny w turmie dzwon.

O, Bóg mię bardzo kocha -
dlatego serce me szlocha -
dlatego jestem sam -
i muszę sercem bić w turemny złoty dzwon.
Biorę za powróz - gram -
potępień zgrzyta jęk
z rozpacznych ciemnych łon -
o, jak ogromny z mrocznych ogniów zamek -
o , jakież skrzydła mam z lodu
i tron, gdzie gwiazda umarła,
króluje ze mną nad kośćmi poległych.
Wonieją kwiaty kalin -
drżą listki u mych nóg.
Kocha mię Chrystus-bóg,
żem się litował męce,
sam leżąc na stosie płomiennym,
gdzie kości moje skruszono.
Drapieżny ptak
wyjadł mi serca wnętrzności
i były puste źrenice,
jak wiadra schodzące w głąb studni.

Rzekł bóg piekielny: będziesz w niebiosach -
i czekam za kratą w lochu
gdzie jest schronisko zim -
i tylko nad grobem Nieznanej
śnieżyste kwitną kaliny.

Módlmy się -
oddałem Bogu moją wolę -
nawet się modlić nie umiem.
Z krainy zimnej północy
nadchodzi Wąż.
Kwiaty w mym ręku i krzyż -
gdzie miecz?
gdzie purpurowe i czarne sztandary?
gdzie zemsty mojej skalista maczuga,
pnąca się piersią do gwiazd?
Bije drugi - trzeci - sześćdziesiąty dzwon -
chcąc mi przypomnieć, co wiem -
- - kochałem, kochałem Ją -
na księżyca sierpie
królowę śnieżnych kalin,
w których się krwawi krew.

Śpiżowe huczą działa na mostach zwodzonych,
brunatno-czarny nad przepaścią wąż
pełznie na wino do mych gór -
na wino z Chrystusa krwi -
ugoszczę was - borów tych pan.
Zasiądźcie do mych stołów,
które z kamienia są - ciosane piorunem.
Bóg każe przyjąć was -
słuchajcie - zagram w dzwon -
bledniecie!
to jutrzenki dzwon -
ten czarny nieba klosz -
to dzwon mój, chmurząc się - gra.
Gdybym go strącił z mych nadgwiezdnych baszt -
przebiłby ziemię, lecąc aż w czeluść piekielną -
lecz jestem szczery Lach -
gości nie pytam, skąd idą -
i do Chrystusa wiodę
na nowy zapóźniony trud.

Klęknijcie u tych skał -
gdzie śnieżą puchy kalin -
tam grób jej -
którą wydały ręce własnych synów.

Nie płaczcie - gwiazdy wstają z grobu -
Anieli nad nią dzierżą straż.
Patrzcie, witezie - wyszła z lochu,
z martwych cmentarza - otrząsa zimny całun -
a wy, jak nocne ćmy,
kryjecie się do mogił!
to Pani Wasza -
córa Wiecznego Słowa -
to Miłość.
Wężu - prosisz o habit zakonny -
idź - mgławice kalin
niechaj ukoją twych zbrodni widziadła.
Anieli - nakarmcie tych głodnych -
o gwiazdy - z modrej Chrystusa winnicy -
nieście im wino słonecznych upojeń.
Wy zimne bagien mogiły
wydajcie naród uwięzionych
słońcu co wschodzi.
Wy dumne krwawe kościoły
pokornie rozsypcie się w pył -
już człowiek nie będzie królował,
anieli spełniają urzędy -
niebo gwiazd pełne i modlitw.
Odpuszczam was - idźcie w pokoju -
w mym sercu nie wygasł jeszcze płacz.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Nas dwoje - w świecie tych przemian -
idziem przez puszczę gdzie żarzą się kłody -
nóżki twe jasne krwią zbroczone
omyję w jezior modrej fali.
Ja mrok - całuję Cię zmarłymi usty -
uchylasz się - płoniesz i drżysz.
Żyliśmy w tym lesie paproci,
gdy ziemia była młodą i niewinną.
W ramionach twoich
szukałem miodu -
i piłem wieczny sen.
A teraz chcę wypić z twych ust, o Jutrzenko,
mą nieśmiertelność.
Ptaki śnią jeszcze pod kwiatami chmur,
co woń roznoszą gór śnieżnych i morza -
i fale grają w jaskiniach przybrzeżnych
runiczną pieśń o nowym rozstaniu.
Jedyny raz -
odkąd sklepienia tej gwiezdnej otchłani
wzniosły się we mnie w kościół Anamnezy -
ja Ciebie - o Utęskniona -
tulę, nie czując grzechu ni śmierci.
I cóż powstanie z konchy
twoich różanych łon?
Czy kwiat paproci w noc męczeńską Jana?
czy gwiazda magów -
czy mrok Lucifera?
boję się wszystkiego prócz śmierci.
Otaczam Cię mym czarnym niebem
Lilio Tatr!
wśród lip tysiącoletnich brzęczą złote pszczoły
i piją miody twoich ust.
Chwieją się bujne zielonawe kłosy -
lśnią na nich iskry,
kłębią się chmury czarne -
a z ziemi płyną gorące wytchnienia.
Wulkany tajne moich law
chcą w ogień stopić
czarny diament w miłości ołtarzu,
gdzie wieczne życie migoce zdrojem ofiary.
W twych bujnych włosach liść zielony kalin,
w twych oczach światła fosforyczne mórz.
Lecz pierś twa szałem dwojga meteorów
do mroków moich tuli się pancerza
i łka na czarnych zimnych lodozwałach.

Jam wolny! - Pójdźmy ku morzu -
przez orkę z deszczowych nawałnic -
przez bór pochylony wichrami od morza
w wygięte harfy jodeł i modrzewi -
tam ku tym srebrnym falom -
ku ciemnym głębinom -
gdzie jest twój bursztynowy pałac -
o królowo!
Zakrywasz mi źrenice gwiazd gałęźmi kalin,
niepokój wstrząsa wierzchołkami drzew -
i w misę nalaną mrokiem rozpaczy spływają opale.
Wciąż mocniej tulisz oczy me
i słyszę śpiew łabędzi - i szelest rosy -
która opada z ich skrzydeł.
A tam - wzbierają fale Oceanu -
płyną jak węże z klejnotami głębin
i w swych wydętych piersiach
niosą grzmot pieśni -
która do najgłębszych jaskiń,
do skał najgroźniej spiętrzonych ku niebu,
wzniesie modlitwę wniebowziętej ziemi,
Ach, świecą oczy twe magicznym blaskiem -
tortur, co cię rozdarły -
ja ciemny - nie widzę twoich łez -
musiałaś płakać tej nocy -
która mi wszelkie niebo oddała i światy.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Zniknęła Jutrznia.
Piorun śni cicho u mych nóg.
Stopy me chłodzi zamarzłe jezioro.
Chmury - jak listki mnie całują.
Już muszę iść.
Gwiazd oczy, jak złote pieniążki
legły na pustych źrenicach upiora.
Anieli idą po mnie -
chcą wiązać - o, nie trzeba -
sam idę - wiecznie sam.
Nieme ust waszych błyskawice
grożą mi ciemną zagładą.
Do nieruchomo zastygłych wód,
na dnie lodowych czarnych jaskiń,
pośród zapadłych bez wyjścia dolin
idę - by spełnił swój tryumf
słoneczny bóg
w otchłaniach ze mnie poczęty.
Do różowiących tuli się obłoków,
gdzie mleko ambrozji i nektar wód.
Ach - moja otchłań
żarzy się w sen z ametystów.
O słońce! - mój synu - boże -
nie widzę Cię -
lecz z gór mych błogosławię Twym nadniebnym drogom.
Niech w ten mój mrok wejdą wiar nowych królowie,
prastarych świątyń kapłani
i czarnych żubrów grający pasterze.
Wszystkim co przejdą
przez te wąwozy śmierci i zakrwawione
żelazną rdzą potoki -
ku tym przełęczom zielonym
pełnym kwiatów -
zrodzonych z Jutrzenki i Mroku -
ja błogosławię -
Starzec gór -
wyższych nad błędne komet szlaki -
z gór - które są podnóżkiem tronu
Tego - co większy niż ja...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

W ciemnym podwórku kwitną gałęzie mych kalin -
ile czasu potrzeba, aby te mury rozwalić
i drzewko wydobyć ku słońcu?
Dzieciątko blade w wilgotnej izbie
ma oczy ogromne - jak morza zatoki,
i boi się księżyca, który spogląda przez szpary -
O, nie opuszczaj mię Jutrzenko -
nie ćmij mię zimną mgłą rozpaczy -
musiałbym trupa Twego ułożyć do trumny
i gwoźdźmi sam przybijać wieko - -
wziąłbym na cmentarz synka, co by się uśmiechał
i poszedł z nim do opuszczonego kościoła,
gdzie mrok gra trumnom de profundis.
Nie umieraj Jutrzenko moja -
niech nas razem uśpionych ujrzą blade jesienne księżyce,
nie opuszczaj mnie -
bo nie będę mógł zagrać hymnu umarłych
nad Tobą, o moja Jutrzenko!
Anioł mi błysnął gwiazdami i przyrzekł -
nad górą świata - nad morzem Golgoty -
że już nie umrze
nikt z kochających.




Kazimierzowi i Julii Stabrowskim

Mrok Wichru Halnego opowiem tym, w których serca Wola Potęgi wyrzuciła
strzały mroczne i wieczne ze swego kołczanu; na obszarach tej
bezmiernej Ruiny, którą jest Polska - takim, którzy rozumieją Tytanizm
Narodowej Rozpaczy.
Ten ponury poemat nie jest bajroniczny, nie jest już nawet dantejski: nie
zstępuje on do Hadesu z miejsca wiary i modlitwy, jakim jest Ziemia:
miejscem jego narodzin jest Inferno - stanowi on dokument Grozy, jaka
trwa w głębinach podświadomych ludzkiego serca.
Kosmiczne te melodie, poczęte u bram żelaznych Sfinksa
Warszawskiego -
[jedynym Sfinksem Warszawy jest Cytadela]
że więc melodie Kosmiczno-Narodowej Męki na wałach Cytadeli śpiewane
być nie mogą -
dlatego aż w Tatrach szukają swego wyrazu wśród skał

Narodowe mroczne dzwony, jak z spiżu otchłanie -
nie mogę ich poruszyć, aby zagrały zmartwychwstanie!
Jestem Szatan, z wnętrzem swych wężów rozpełzłych w jaskini,
gromami strącam świat nadziej, i w mroku rządzę z tobą, Śmiertelna
bogini!
Tu na gwiaździstych górach pośród jodeł - my we dwoje,
błękitne meteory kapią z gromnic w oczy Twoje!
Tobie jednej zrozumiałą Wichrów Pieśń ponura:
porywam Cię i niosę na koniu spadającym z nieba -
na wierzchołki Czarnego Hawrania u śnieżnego żleba.
Zniszczyłem ziemi raj: w pustyni lśni gwiazda Ahura,
rozsiewa mżenia snów - ja pogubione zbieram nieszczęść krucze pióra!...
Nieszczęście nigdy nie idzie samo, lecz wchodzi zawsze Wielką Bramą:
powoli ją odmyka w mroku, jak ognik błotny się skrada...
W dziedzińcu Myśli nagle znika -
schodząc w podziemia, gdzie serce marznie w aureoli.
Z gór pełzną chmury - moich dworzan mrowie -
na mózg się kładną ciężkie ołowie.
Lasy w trumnach uśpione; grobowych jaskiń kurytarze
tęczują zbrojami hetmanów - mgły zmarłych idą w rajskie wirydarze.
Pioruny warczą u nóg mych... W milczeniu wchodzę na Łomnicy wieżę -
nagłymi susy dopędza mię, wbiega na głazy nieznane zwierzę.
W jaskini, gdzie Walkirio, łkałaś co dzień -
ból podziemny mgli się - tuż za jodłami się skrada Morze - ciemny
zbrodzień.
Mówią, iż zamek Czorsztyn od mgły tej się kruszy
i przechyla ku moczarom.
Mnóstwo ziół trujących: tojady, szalej i belladonny -
u stóp jodeł olbrzymich prastarych i gonnych.
Jeszcze są wielkie na nizinach sady,
jeszcze jest wieś, gdzie ujrzeć mogę ducha - tatrzańskiej Lizy Monny!. 201
W kolumnadzie mych biesiadnych sal jeszcze gwarno -
w zagwiezdne sfery patrzy towarzysz Merlina -
wśród murów katedry Kezmarskiej milczy - nie przeklina -
jakby świat był mu już rzeczą minioną i marną!
Zmącił ciszę podziemny cmentarzowy gong -
o, jak straszny jego jęk, jak ponurych pełen mąk!...
Wdziera się tłum zamaskowanych z Los Caprichos Goi!
Kardynał-Księżyc wschodzi, za nim nawałnica.
Nagie tańczą widma, kandelabr na ziemi
oświetla głębiny Tatr i Wenus, jak na murach Troi.
W jeziorze Gehenniczne lica.
Tańczą upiory z kasztelankami zimnemi.
Wino chmur krwawi się - ryk Minotaura -
jakby nie wino to było, lecz wina!
Jawory tysiącletnie wśród gromów już brzęczą, srebrem
zakwitają. Kardynał-Księżyc, starszy od gór,
idzie z pięknym gwebrem,
który przyniósł indyjską naukę: kręgi czynią na lazurach
wody, trójkąty przeciw nieszczęściu na górze i w chmurach.
Umarli spoglądają za horyzont ku morzu -
skąd ma się zjawić - Walkiria! ta znad Morskiego
Oka wyśniona Ondyna!
Katedra Lodowców rozwarta - i w całym Zaniku szykują turnieje:
moja żona z Walkirii Wolnej ma być!...
Jak cicho się zaśmiał ten wariat!...
"Błogosławieństwo Czarta z Wami!..."
znika na wzgórzach, gdzie limby z długimi igłami
pachną jak włosy mej Walkirii - rudo złe.
W pucharze krysztalnym dałem wino kapitanowi -
mój druh Wiatr Wschodni, który ją przywiózł na chmury okręcie!
Padł w męczarni, konając, rzekł:
- Niechaj Niewiadome cię ukarze!
niż Aquatoffana, co zabija papieżów, gorszą jest miłość
z głębin upiornych wyzwana! -
Wśród milczenia wlatuje czarny cień:
rozpoznawszy go, widzę, że to jest olbrzymi kruk.
Wzrokiem z Antarktycznego Morza
mrozi piorunów rycerstwo i powichry sług.
Ukryli się wszyscy, tylko Kardynał Mag
rozmawia z ptakiem w języku nieznanym.
Kiedy ukończył Mszę do Bafometa w niebiosach tej sali biesiadnej -
rozległ się trzask piorunowej iskry!
Ciemność potopu! zostałem tylko ja przy Zmarłej i ten kruk wszechwładny.
Spod chmur jął się wybijać zmierzch: świst w rokicinach,
zimny wiew - trupie palce coś w głębinach przędą.
Na mój honor, piękny gobelin, godny Lucifera:
w morzu chmur, gromami nabitem,
lśniło miasto demonów Ragnarok. Katedra zwieszona
jest ku otchłani gorejącym szczytem.
Potępieńczy słyszę jęk: - Maledictus in beneficiendo! -. 202
Idę po górach w mroku, pośród antycznych kolumnad w za ćmionym
ogrodzie.
Wokół zamku mojego kraina zgłodzona:
jakby sobótki jarzą się wioski: krzyki morderców tam jeszcze dalekie,
ale już po ugorach i manowcach idą widma kalekie, w gęste zapadają lasy
Za mną w ślad kroczy obłęd - i chmury, jakby szatańskie kolasy.
- Nie trwóż się, Duchu, mury tu wysokie, masz zawsze dla wyjścia furtę
potajemną.
- Nie trwóż się, że Wolność, jak wielkiej kolumny nieśmiertelny złom -
- przyzywa grom! -
Zawarkło niebo, Morze u skał moich szumi -
Morze Ja zarówno kryjemy swe winy!
Z leśnej ponurej głuszy wyleciał śpiew maleńkiej ptaszyny -
wtem zamilkł, jak przed wzrokiem gadu - runął zabity mą męką tajemną!
Kłębią się chmury w ciemnościach złe; wrony wyleciały z lasu, jakby z
miejsca niewidzial-
nych zbrodni, nad rzeki upiornym gorejącym łukiem.
Na szczycie gór modlą się głazy wieczne, beznadziejne.
Rozmawiam, jak z Horeba wirchu.
Ktoś w bezmiarze wysokości rzekł:
[Nic więcej, prócz:] - Jestem! - na mękę mą przysięgam, wiem już
bezgranicznie!
Idę wśród mroku fal morskich - łamią się spektry Miesiąca.
Na Skałach Przeznaczeń symfonią huczy miłość nie ginąca.
Któż o głębiach wie? życie zawiera się w wielkim wykuciu gromem dwóch
słów: Tak - i Nie!
Wracam do zamku: - zda się, inna okolica,
mgła owinęła mój pałac; na furtach ukrzyżowane ciała i rządzi Magia
ciemna, trupiolica.
Żyjących nie ma... Któż światła zapalił?
w mroku jarzy oknami krwawymi Zamek.
Wielkie lasy, ciemne pola, z niewiadomych gór płynące rzeki.
Wśród mokradeł ognik się rozjarza -
tam Kometa chce mi wróżyć, mówi... żem Daleki,
że mam szczęście niezgadnione, jak na górach żarza...
Wróżebne przywtórzyły w obłokach pioruny!
Wstań, mężna Duszo, wszechświat minie, jak głos z naderwanej struny -
lecz w otchłaniach przetrwa Miłość i Duma wiecznego Korsarza!
Znów słyszę Twój głos: "Jestem!"
z wyżyn minionych, z głębin nie wyjawionych -
nic więcej, prócz: "Jestem!" - na mękę mą, przysięgam,
wiem już bezgranicznie!
W jaskini grobowej tli się lampka: na żałobnym łożu
Miłość moja miniona - Mesjaniczna Polska:
twarz łuską krasną okryta, ramiona - jak u szkieletu, co konał w bezdrożu.
Wzrok zalepiony ropą nagle się rozwiera:
w mą Jaźń najgłębszą patrzy modra sfera tych oczu.
Milczeniem dziecka zabitego mówi, żem ją opuścił, idąc w straszne tajnie
złego.
Nigdy nie ujrzym się już - -
Mrok, w górze nade mną, zagryzł moje serce.
Wola moja zabija! Nikt nie ujmie męki!. 203
Idę, w ogniu milczenia, w mogile kamiennej udręki!...
Wśród zwątpienia słucham trującej Szatanów nauki.
Zamek duszy w ruinie! Jeszcze w podziemia iść muszę -
tak morderca przygląda się miejscu...
Nagły krzyk - męczonego na torturach wariata?
nie, zagrzebanej żywcem Miłości.
Myśl się ma oniemia...
wrzask, śmiech straszliwy - bicie głową na murach więzienia w ciemności -
milczenie mogił: bluźnierstwo wszechświata!
Tłum zamaskowanych idzie przez cmentarze w mroku,
niosą pochodnie jarzące ku wielkiej przedpogrzebnej wieży.
Ktoś za mną szepcze: - "Ciebie On z łowczych wyzwoli obieży - !"
Obróciłem się nagle - widmo znikło. Padam w zarosły trawą grobowiec i
twarz kryję.
Głoskami Baltazarowymi tu milczenie wyje.
Taras nad morzem. Huczący orkan złowieszczego mroku.
Zmurszałe drżą wieże, palą się krużganki...
Z wyżyn piekła runąłem -
w mrok, w mrok! w czeluście Ananki!


Z gór mówię białych przy zachodzącym słońcu.
Mrocznieją głazy olbrzymie, idą na wasz gród.
Nie oszczędzą sadów, ni minaretów.
Złote wieżyce legną w ruinach, na dywanach smyrneńskich pokrwawią się
głowy.
Nałożnice w plusku fontann usłyszą spoza wysokich ścian ogrodu huk
ciężki zstępujących olbrzymów.
Miasto, jak garść brylantów migocąca w marmurowej misie, rozbłyśnie
tysiącami ogni tych, co zbudzeni będą pytać i zmilkną.

Ale On patrzy na obrady geniuszów w, sali mrocznej, gdzie sądzą.
On słucha w ukryciu.
Jego niech się trwoży serce Twoje.
Miecz twój niech błyszczy rosą Imienia.

Fontanny zamarzły, ptactwo ucichło, krzyk i śpiew skamieniał - dzieci
przytuliły się do kwiatów, na których wiszą nieruchome pszczoły.
Czarna gazela moja wyszła z grobowca, ku morzom, gdzie płyną góry
lodowe.
Widziałem Widmo i nie wzbroniłem odejść za baszty skał, aby nie była w
dzień mojego sądu: gdy mię przywiodą skutego w łańcuchu i Jaźń moja z
obrzydzeniem nastąpi nogą na mój rubinowy diadem.
Gdyż wybrała mię swoim prorokiem, lecz dusza moja płynie na lodowej
górze, szukając nadaremno po modrych otchłaniach Tej, która wyszła z
mojego serca, czyniąc je zimnym grobowcem.
Lucifer jest! mówią to skały, wstrzymane w biegu z gór ogromnych, które
opasały miasto.
Lucifer jest; pachną Imieniem Jego żółte owsy w ogrodach i dojrzałe
brzoskwinie - i laki szkarłatne, i pstre begalie, i chińskie fioletowe róże.
Lucifer jest: gruchają gołębie, i ptactwo świegoce w bujnych topolach, i
niebo błękitnieje, słońce zachodząc przyklęka na kaszmirski purpurowy
dywan - a gwiazdy już poczynają wyśpiewywać Jego imię z kryształowych
czarnych minaretów.

Lucifer jest! powtórzyłem, stojąc na płaskim stepie, który pokrywał
zielenią górę, i czując, jak morderca pełznie wśród traw.
Zorza wieczorna złotym przepychem rozkrzewia się nad górą podobną do
trumny - niebieskie trójkąty przedzierają się przez jej złototkany szal.
Gwiazda miłości wystąpiła pierwsza na jasne przejrzyste lazury.
Cmentarz, nagrobki w turbanach i spisach - dają mi wspomnienie, że
byłem królem narodu, który wyginął.
Nie żal mi jego i nie wyciągnąłbym rąk do berła nad nim.
Lucifer mię uczynił prorokiem pustyni i nie kazał mówić do mrówek z
miast.
Zejdą się olbrzymy przed namiot nieba mojego - zanurzą swe ramiona we
krwi i będą kiełznać chmury pełne skrzydeł.

Wyjechałem ku miastu wyrytemu w skałach, gdzie nie ma żyjących.
Koń biały unosił mię lekko jak obłok mgły między wysokimi ziołami.
I gdzie padła piana z jego uździenic - tam zakwitały ametystowe łany
krokosu.
Jechałem do grobu Jej, aby przyzwać Widmo, i do łoża mego chciałem Ją
unieść.
W bramie umarłych ujrzałem niewiastę młodą i drobną, niezmiernej
piękności.
Jakoby latarnie czarnych diamentów okryte jedwabiami rzęs - świeciły jej
źrenice, twarz i postać zdały się żywym płomieniem.
Czułem pocałunki jej spojrzeń na moich opuszczonych powiekach, imię Jej
było Dalita.
Podałem dłoń mą zamiast strzemienia, gdy siadała ze mną na
Mlecznego, i ostrożnie z wolna zjeżdżałem z wielkiej stromości ku dolinie,
gdzie srebrnym wężem wypływała rzeka i drzewa gajem czarnym, pełnym
cienia, zapraszały do swoich świątyń.
Droga zwęziła się nad przepaścią i skała stromo sterczy ku niebu, a
głęboko w dole zasnuły się wąwozy mgłami.

Tam w nieskończone dale idę, w nieskończone dale idę smętny sam.
Wrota gór rozwarte przede mną, a za nimi morze, -

Kiedy opadł żar południa i chłodny wietrzyk oświeżył niebo, które było
rozpalonym piecem - używszy kąpieli pachnącej siarką w kłębach
olbrzymich tęczowej piany - pod ręką wysmukłego Hindusa - otwarłem
furtę do ogrodu niezmiernego, który się rozciągał na stokach wielu gór
przerytych bezdenną skalną czeluścią. Tu, znużony myślami, których żar
nie dał się ochłodzić sorbetem i zimnym krwawym owocem indyjskich
kaktusów, patrzyłem na góry, gdzie kołyszą się jasnozielone łany traw i
brązowe skaliste grody pełne sykających świerszczy i zapachu cząbrów.
I zmierzając ku skałom, widzę na ich porytych sarkofagach zamierzchłe
legendy: Prometeusz skuty słucha Oceanid, głowa ścięta Meduzy płynie
po falach. Jutrzenka sięga ręką do przełęczy nowych zórz, okrutne
Bożyszcze na ołtarzu splecionych ciał - - - a wodospady cicho szemrzą w
wąwozach, i trzciny bambusów nad stawem poruszają się od
przechodzącego ibisa.
Księżyc blady jak zbudzony upiór; muszki zielone wirują w napowietrznych
jeziorach - serce moje było ciche, lecz niemocne.
Syciłem się czarnym szkarłatem lilij, fale złotawych mietlic kołysały się - i
byłem znużony jak posąg świętego, co już stoi od lat tysięcy w starej
świątyni, z rozwartymi oczyma na tłumy wielbiących, a bardziej
tajemniczych, niżli Bożyszcze, dusz.
Gdzie jesteś? bóle moje się zagoiły, żądze umknęły, jak szakale z
miejsca ogniów.
W duszy mej świeci głowa Matki Boga z przymkniętymi oczyma, gorączka
męki już przestała ją palić, łzy wyschły, niebo już osiągnięte i otwarte, Syn
króluje wśród gwiazd i otchłani, żołnierze rzymscy dawno rozsypali się w
mogiłach, lampa kadzilna płonie rubinowym pełgającym uwielbieniem - i
tak smutno - monotonnie - bezdźwięcznie w tych niebiosach, gdzie trawy
się kołyszą, błękit bez chmur, i tylko orzeł niedosiężnie przelata -
unosząc w szponach obwisłe zakrwawione koźlątko.

Przepaści wężem złowrogim przeryły ogród, żlebem kamiennym zapadają
w głębinę piekieł.
Potok to rwie się huraganem jęków, to wypełnia milczeniem zimne
bezdenne jeziora.
Niewidzialne ropuchy i kameleony, gnieżdżące się w wilgotnych jamach,
gadały ze sobą.
Księżyc przyświecał przez mroczne tysiącoletnie lasy cedrów.
Na szczycie niedostępnej góry migotał zamek łuską lśnień.
Słuchałem bębnienia ropuch i szeptu kameleonów, które obsiadły w leju
skalistym mgławe jeziora.
Myślałem o tych, co błądzą zamknięci w pieczarach.
Sam byłem - księżyc już zapadł za góry - chłodne milczenie nastrajało
swój instrument przerażenia i rozpaczy.
Myślałem - jakie są tajemnice Boga, kiedy je ukrywa przed sobą samym?

Przyległszy twarzą do granitowych wschodów świętego stawu - przysiągłem
Tobie, Duchu nieogarniony - -
Czemuż przyrywam milczenie?
Na górze upiornej spod całuna lodów mroczą się granity - niebosiężne
twierdze z białych marmurów - stacza się błękitny lodozwał, jakby płaszcz
olbrzyma.
Tu karmią się u źródeł rzeki szalone i nieokiełznane, co trą głazy na
miałki żwir - a im bliżej morza, ciche i głębokie.
Ja, król, wisiałem nad przepaściami, i nie miał mi nikt sznura dorzucić,
nie było nikogo z żywych - prócz sępów, co wyglądały jak czarny różaniec
na tle śnieżnej straszliwej piramidy.
Pisałem sztyletem Imię Twe na bryle kobaltu, czekając rychło mi omdleje
ręka i runę w otchłań, z której wiatr mroźny podnosił moje włosy do góry.
Ujrzałem kosodrzew i wbijając szpony w ścianę, dociągłem się do krzewiny
i przy niej ległem omdlały. Ptaszek lecący mógł mnie muśnięciem strącić
tam w otchłań, gdzie ryczący potok tu zaledwo zdał się wężykiem srebra.
I począłem się zsuwać jakby z murów piekielnego grodu. -
Teraz, gdy słońce zaszło, ja, minąwszy otchłań, ucałowałem w mroku
ziemię wonną od traw - i spoglądam w obłoki płynące, które przyszły do
gór tych na spoczynek nocny - patrzę ku Nieskończoności, która się staje
wciąż głębszą świątynią gwiazd i wtajemniczeń - Jestem obłokiem
zwiewnym, który przyszedł ku nieruchomym nadziemnym wyżynom, wiatr
poranku zwieje mię, dokąd Ty mu rozkażesz.
Gromnice gwiazd rozetlą się nade mną śniącym, dusza ma jak tchnienie
kwiatu tuli się do Twoich ran, o Góro,
z nizin umarłego stepu
wznosząca się śnieżną Allelują w nieprzejrzane Milczenia Wiecznych
Przeznaczeń.