Zapisz swoję ulubione piosenki

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:





Milknie mój płacz.
Potoki śnieżnych kalin -
zwodzony most -
Boże mój, Boże, Boże!
już nic mam snów
i nagi wśród przehalin
tułam się drżąc, w prastarym jodeł borze,
gdzie milknie płacz -
gdzie huczy dzwonów morze.
Zgubione są me sny
i czarno-złote morze
uderza w moją pierś dzwonami wszystkich wiar -
tam w lody bije śmierć -
na harfach Jutrznia gra -
tam naród, lochy - Car!

Chcę odejść w głaz - w jezioro - w ciemny bór -
lecz kocham Ją -
tę Niewiadomą, co gra w dzwon.
Samotny jestem - sam -
płynęła moja krew
jak rzeka z górskich bram.

Albatros - goniąc jutrzenkę -
okrążył lazur ziemi
i nieruchomy zawisnął
na niewidzialnych promieniach -
o duszo, gdzie twój Bóg?
Turkot toczonych dział
strząsa mi kielich rosy -
tęsknię, umieram, płaczę -
tu pod szumiącą dziko tonią
w loch zawrzeć muszę Ją -
by rozkołysać złoty podziemny w turmie dzwon.

O, Bóg mię bardzo kocha -
dlatego serce me szlocha -
dlatego jestem sam -
i muszę sercem bić w turemny złoty dzwon.
Biorę za powróz - gram -
potępień zgrzyta jęk
z rozpacznych ciemnych łon -
o, jak ogromny z mrocznych ogniów zamek -
o , jakież skrzydła mam z lodu
i tron, gdzie gwiazda umarła,
króluje ze mną nad kośćmi poległych.
Wonieją kwiaty kalin -
drżą listki u mych nóg.
Kocha mię Chrystus-bóg,
żem się litował męce,
sam leżąc na stosie płomiennym,
gdzie kości moje skruszono.
Drapieżny ptak
wyjadł mi serca wnętrzności
i były puste źrenice,
jak wiadra schodzące w głąb studni.

Rzekł bóg piekielny: będziesz w niebiosach -
i czekam za kratą w lochu
gdzie jest schronisko zim -
i tylko nad grobem Nieznanej
śnieżyste kwitną kaliny.

Módlmy się -
oddałem Bogu moją wolę -
nawet się modlić nie umiem.
Z krainy zimnej północy
nadchodzi Wąż.
Kwiaty w mym ręku i krzyż -
gdzie miecz?
gdzie purpurowe i czarne sztandary?
gdzie zemsty mojej skalista maczuga,
pnąca się piersią do gwiazd?
Bije drugi - trzeci - sześćdziesiąty dzwon -
chcąc mi przypomnieć, co wiem -
- - kochałem, kochałem Ją -
na księżyca sierpie
królowę śnieżnych kalin,
w których się krwawi krew.

Śpiżowe huczą działa na mostach zwodzonych,
brunatno-czarny nad przepaścią wąż
pełznie na wino do mych gór -
na wino z Chrystusa krwi -
ugoszczę was - borów tych pan.
Zasiądźcie do mych stołów,
które z kamienia są - ciosane piorunem.
Bóg każe przyjąć was -
słuchajcie - zagram w dzwon -
bledniecie!
to jutrzenki dzwon -
ten czarny nieba klosz -
to dzwon mój, chmurząc się - gra.
Gdybym go strącił z mych nadgwiezdnych baszt -
przebiłby ziemię, lecąc aż w czeluść piekielną -
lecz jestem szczery Lach -
gości nie pytam, skąd idą -
i do Chrystusa wiodę
na nowy zapóźniony trud.

Klęknijcie u tych skał -
gdzie śnieżą puchy kalin -
tam grób jej -
którą wydały ręce własnych synów.

Nie płaczcie - gwiazdy wstają z grobu -
Anieli nad nią dzierżą straż.
Patrzcie, witezie - wyszła z lochu,
z martwych cmentarza - otrząsa zimny całun -
a wy, jak nocne ćmy,
kryjecie się do mogił!
to Pani Wasza -
córa Wiecznego Słowa -
to Miłość.
Wężu - prosisz o habit zakonny -
idź - mgławice kalin
niechaj ukoją twych zbrodni widziadła.
Anieli - nakarmcie tych głodnych -
o gwiazdy - z modrej Chrystusa winnicy -
nieście im wino słonecznych upojeń.
Wy zimne bagien mogiły
wydajcie naród uwięzionych
słońcu co wschodzi.
Wy dumne krwawe kościoły
pokornie rozsypcie się w pył -
już człowiek nie będzie królował,
anieli spełniają urzędy -
niebo gwiazd pełne i modlitw.
Odpuszczam was - idźcie w pokoju -
w mym sercu nie wygasł jeszcze płacz.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Nas dwoje - w świecie tych przemian -
idziem przez puszczę gdzie żarzą się kłody -
nóżki twe jasne krwią zbroczone
omyję w jezior modrej fali.
Ja mrok - całuję Cię zmarłymi usty -
uchylasz się - płoniesz i drżysz.
Żyliśmy w tym lesie paproci,
gdy ziemia była młodą i niewinną.
W ramionach twoich
szukałem miodu -
i piłem wieczny sen.
A teraz chcę wypić z twych ust, o Jutrzenko,
mą nieśmiertelność.
Ptaki śnią jeszcze pod kwiatami chmur,
co woń roznoszą gór śnieżnych i morza -
i fale grają w jaskiniach przybrzeżnych
runiczną pieśń o nowym rozstaniu.
Jedyny raz -
odkąd sklepienia tej gwiezdnej otchłani
wzniosły się we mnie w kościół Anamnezy -
ja Ciebie - o Utęskniona -
tulę, nie czując grzechu ni śmierci.
I cóż powstanie z konchy
twoich różanych łon?
Czy kwiat paproci w noc męczeńską Jana?
czy gwiazda magów -
czy mrok Lucifera?
boję się wszystkiego prócz śmierci.
Otaczam Cię mym czarnym niebem
Lilio Tatr!
wśród lip tysiącoletnich brzęczą złote pszczoły
i piją miody twoich ust.
Chwieją się bujne zielonawe kłosy -
lśnią na nich iskry,
kłębią się chmury czarne -
a z ziemi płyną gorące wytchnienia.
Wulkany tajne moich law
chcą w ogień stopić
czarny diament w miłości ołtarzu,
gdzie wieczne życie migoce zdrojem ofiary.
W twych bujnych włosach liść zielony kalin,
w twych oczach światła fosforyczne mórz.
Lecz pierś twa szałem dwojga meteorów
do mroków moich tuli się pancerza
i łka na czarnych zimnych lodozwałach.

Jam wolny! - Pójdźmy ku morzu -
przez orkę z deszczowych nawałnic -
przez bór pochylony wichrami od morza
w wygięte harfy jodeł i modrzewi -
tam ku tym srebrnym falom -
ku ciemnym głębinom -
gdzie jest twój bursztynowy pałac -
o królowo!
Zakrywasz mi źrenice gwiazd gałęźmi kalin,
niepokój wstrząsa wierzchołkami drzew -
i w misę nalaną mrokiem rozpaczy spływają opale.
Wciąż mocniej tulisz oczy me
i słyszę śpiew łabędzi - i szelest rosy -
która opada z ich skrzydeł.
A tam - wzbierają fale Oceanu -
płyną jak węże z klejnotami głębin
i w swych wydętych piersiach
niosą grzmot pieśni -
która do najgłębszych jaskiń,
do skał najgroźniej spiętrzonych ku niebu,
wzniesie modlitwę wniebowziętej ziemi,
Ach, świecą oczy twe magicznym blaskiem -
tortur, co cię rozdarły -
ja ciemny - nie widzę twoich łez -
musiałaś płakać tej nocy -
która mi wszelkie niebo oddała i światy.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Zniknęła Jutrznia.
Piorun śni cicho u mych nóg.
Stopy me chłodzi zamarzłe jezioro.
Chmury - jak listki mnie całują.
Już muszę iść.
Gwiazd oczy, jak złote pieniążki
legły na pustych źrenicach upiora.
Anieli idą po mnie -
chcą wiązać - o, nie trzeba -
sam idę - wiecznie sam.
Nieme ust waszych błyskawice
grożą mi ciemną zagładą.
Do nieruchomo zastygłych wód,
na dnie lodowych czarnych jaskiń,
pośród zapadłych bez wyjścia dolin
idę - by spełnił swój tryumf
słoneczny bóg
w otchłaniach ze mnie poczęty.
Do różowiących tuli się obłoków,
gdzie mleko ambrozji i nektar wód.
Ach - moja otchłań
żarzy się w sen z ametystów.
O słońce! - mój synu - boże -
nie widzę Cię -
lecz z gór mych błogosławię Twym nadniebnym drogom.
Niech w ten mój mrok wejdą wiar nowych królowie,
prastarych świątyń kapłani
i czarnych żubrów grający pasterze.
Wszystkim co przejdą
przez te wąwozy śmierci i zakrwawione
żelazną rdzą potoki -
ku tym przełęczom zielonym
pełnym kwiatów -
zrodzonych z Jutrzenki i Mroku -
ja błogosławię -
Starzec gór -
wyższych nad błędne komet szlaki -
z gór - które są podnóżkiem tronu
Tego - co większy niż ja...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

W ciemnym podwórku kwitną gałęzie mych kalin -
ile czasu potrzeba, aby te mury rozwalić
i drzewko wydobyć ku słońcu?
Dzieciątko blade w wilgotnej izbie
ma oczy ogromne - jak morza zatoki,
i boi się księżyca, który spogląda przez szpary -
O, nie opuszczaj mię Jutrzenko -
nie ćmij mię zimną mgłą rozpaczy -
musiałbym trupa Twego ułożyć do trumny
i gwoźdźmi sam przybijać wieko - -
wziąłbym na cmentarz synka, co by się uśmiechał
i poszedł z nim do opuszczonego kościoła,
gdzie mrok gra trumnom de profundis.
Nie umieraj Jutrzenko moja -
niech nas razem uśpionych ujrzą blade jesienne księżyce,
nie opuszczaj mnie -
bo nie będę mógł zagrać hymnu umarłych
nad Tobą, o moja Jutrzenko!
Anioł mi błysnął gwiazdami i przyrzekł -
nad górą świata - nad morzem Golgoty -
że już nie umrze
nikt z kochających.




Kazimierzowi i Julii Stabrowskim

Mrok Wichru Halnego opowiem tym, w których serca Wola Potęgi wyrzuciła
strzały mroczne i wieczne ze swego kołczanu; na obszarach tej
bezmiernej Ruiny, którą jest Polska - takim, którzy rozumieją Tytanizm
Narodowej Rozpaczy.
Ten ponury poemat nie jest bajroniczny, nie jest już nawet dantejski: nie
zstępuje on do Hadesu z miejsca wiary i modlitwy, jakim jest Ziemia:
miejscem jego narodzin jest Inferno - stanowi on dokument Grozy, jaka
trwa w głębinach podświadomych ludzkiego serca.
Kosmiczne te melodie, poczęte u bram żelaznych Sfinksa
Warszawskiego -
[jedynym Sfinksem Warszawy jest Cytadela]
że więc melodie Kosmiczno-Narodowej Męki na wałach Cytadeli śpiewane
być nie mogą -
dlatego aż w Tatrach szukają swego wyrazu wśród skał

Narodowe mroczne dzwony, jak z spiżu otchłanie -
nie mogę ich poruszyć, aby zagrały zmartwychwstanie!
Jestem Szatan, z wnętrzem swych wężów rozpełzłych w jaskini,
gromami strącam świat nadziej, i w mroku rządzę z tobą, Śmiertelna
bogini!
Tu na gwiaździstych górach pośród jodeł - my we dwoje,
błękitne meteory kapią z gromnic w oczy Twoje!
Tobie jednej zrozumiałą Wichrów Pieśń ponura:
porywam Cię i niosę na koniu spadającym z nieba -
na wierzchołki Czarnego Hawrania u śnieżnego żleba.
Zniszczyłem ziemi raj: w pustyni lśni gwiazda Ahura,
rozsiewa mżenia snów - ja pogubione zbieram nieszczęść krucze pióra!...
Nieszczęście nigdy nie idzie samo, lecz wchodzi zawsze Wielką Bramą:
powoli ją odmyka w mroku, jak ognik błotny się skrada...
W dziedzińcu Myśli nagle znika -
schodząc w podziemia, gdzie serce marznie w aureoli.
Z gór pełzną chmury - moich dworzan mrowie -
na mózg się kładną ciężkie ołowie.
Lasy w trumnach uśpione; grobowych jaskiń kurytarze
tęczują zbrojami hetmanów - mgły zmarłych idą w rajskie wirydarze.
Pioruny warczą u nóg mych... W milczeniu wchodzę na Łomnicy wieżę -
nagłymi susy dopędza mię, wbiega na głazy nieznane zwierzę.
W jaskini, gdzie Walkirio, łkałaś co dzień -
ból podziemny mgli się - tuż za jodłami się skrada Morze - ciemny
zbrodzień.
Mówią, iż zamek Czorsztyn od mgły tej się kruszy
i przechyla ku moczarom.
Mnóstwo ziół trujących: tojady, szalej i belladonny -
u stóp jodeł olbrzymich prastarych i gonnych.
Jeszcze są wielkie na nizinach sady,
jeszcze jest wieś, gdzie ujrzeć mogę ducha - tatrzańskiej Lizy Monny!. 201
W kolumnadzie mych biesiadnych sal jeszcze gwarno -
w zagwiezdne sfery patrzy towarzysz Merlina -
wśród murów katedry Kezmarskiej milczy - nie przeklina -
jakby świat był mu już rzeczą minioną i marną!
Zmącił ciszę podziemny cmentarzowy gong -
o, jak straszny jego jęk, jak ponurych pełen mąk!...
Wdziera się tłum zamaskowanych z Los Caprichos Goi!
Kardynał-Księżyc wschodzi, za nim nawałnica.
Nagie tańczą widma, kandelabr na ziemi
oświetla głębiny Tatr i Wenus, jak na murach Troi.
W jeziorze Gehenniczne lica.
Tańczą upiory z kasztelankami zimnemi.
Wino chmur krwawi się - ryk Minotaura -
jakby nie wino to było, lecz wina!
Jawory tysiącletnie wśród gromów już brzęczą, srebrem
zakwitają. Kardynał-Księżyc, starszy od gór,
idzie z pięknym gwebrem,
który przyniósł indyjską naukę: kręgi czynią na lazurach
wody, trójkąty przeciw nieszczęściu na górze i w chmurach.
Umarli spoglądają za horyzont ku morzu -
skąd ma się zjawić - Walkiria! ta znad Morskiego
Oka wyśniona Ondyna!
Katedra Lodowców rozwarta - i w całym Zaniku szykują turnieje:
moja żona z Walkirii Wolnej ma być!...
Jak cicho się zaśmiał ten wariat!...
"Błogosławieństwo Czarta z Wami!..."
znika na wzgórzach, gdzie limby z długimi igłami
pachną jak włosy mej Walkirii - rudo złe.
W pucharze krysztalnym dałem wino kapitanowi -
mój druh Wiatr Wschodni, który ją przywiózł na chmury okręcie!
Padł w męczarni, konając, rzekł:
- Niechaj Niewiadome cię ukarze!
niż Aquatoffana, co zabija papieżów, gorszą jest miłość
z głębin upiornych wyzwana! -
Wśród milczenia wlatuje czarny cień:
rozpoznawszy go, widzę, że to jest olbrzymi kruk.
Wzrokiem z Antarktycznego Morza
mrozi piorunów rycerstwo i powichry sług.
Ukryli się wszyscy, tylko Kardynał Mag
rozmawia z ptakiem w języku nieznanym.
Kiedy ukończył Mszę do Bafometa w niebiosach tej sali biesiadnej -
rozległ się trzask piorunowej iskry!
Ciemność potopu! zostałem tylko ja przy Zmarłej i ten kruk wszechwładny.
Spod chmur jął się wybijać zmierzch: świst w rokicinach,
zimny wiew - trupie palce coś w głębinach przędą.
Na mój honor, piękny gobelin, godny Lucifera:
w morzu chmur, gromami nabitem,
lśniło miasto demonów Ragnarok. Katedra zwieszona
jest ku otchłani gorejącym szczytem.
Potępieńczy słyszę jęk: - Maledictus in beneficiendo! -. 202
Idę po górach w mroku, pośród antycznych kolumnad w za ćmionym
ogrodzie.
Wokół zamku mojego kraina zgłodzona:
jakby sobótki jarzą się wioski: krzyki morderców tam jeszcze dalekie,
ale już po ugorach i manowcach idą widma kalekie, w gęste zapadają lasy
Za mną w ślad kroczy obłęd - i chmury, jakby szatańskie kolasy.
- Nie trwóż się, Duchu, mury tu wysokie, masz zawsze dla wyjścia furtę
potajemną.
- Nie trwóż się, że Wolność, jak wielkiej kolumny nieśmiertelny złom -
- przyzywa grom! -
Zawarkło niebo, Morze u skał moich szumi -
Morze Ja zarówno kryjemy swe winy!
Z leśnej ponurej głuszy wyleciał śpiew maleńkiej ptaszyny -
wtem zamilkł, jak przed wzrokiem gadu - runął zabity mą męką tajemną!
Kłębią się chmury w ciemnościach złe; wrony wyleciały z lasu, jakby z
miejsca niewidzial-
nych zbrodni, nad rzeki upiornym gorejącym łukiem.
Na szczycie gór modlą się głazy wieczne, beznadziejne.
Rozmawiam, jak z Horeba wirchu.
Ktoś w bezmiarze wysokości rzekł:
[Nic więcej, prócz:] - Jestem! - na mękę mą przysięgam, wiem już
bezgranicznie!
Idę wśród mroku fal morskich - łamią się spektry Miesiąca.
Na Skałach Przeznaczeń symfonią huczy miłość nie ginąca.
Któż o głębiach wie? życie zawiera się w wielkim wykuciu gromem dwóch
słów: Tak - i Nie!
Wracam do zamku: - zda się, inna okolica,
mgła owinęła mój pałac; na furtach ukrzyżowane ciała i rządzi Magia
ciemna, trupiolica.
Żyjących nie ma... Któż światła zapalił?
w mroku jarzy oknami krwawymi Zamek.
Wielkie lasy, ciemne pola, z niewiadomych gór płynące rzeki.
Wśród mokradeł ognik się rozjarza -
tam Kometa chce mi wróżyć, mówi... żem Daleki,
że mam szczęście niezgadnione, jak na górach żarza...
Wróżebne przywtórzyły w obłokach pioruny!
Wstań, mężna Duszo, wszechświat minie, jak głos z naderwanej struny -
lecz w otchłaniach przetrwa Miłość i Duma wiecznego Korsarza!
Znów słyszę Twój głos: "Jestem!"
z wyżyn minionych, z głębin nie wyjawionych -
nic więcej, prócz: "Jestem!" - na mękę mą, przysięgam,
wiem już bezgranicznie!
W jaskini grobowej tli się lampka: na żałobnym łożu
Miłość moja miniona - Mesjaniczna Polska:
twarz łuską krasną okryta, ramiona - jak u szkieletu, co konał w bezdrożu.
Wzrok zalepiony ropą nagle się rozwiera:
w mą Jaźń najgłębszą patrzy modra sfera tych oczu.
Milczeniem dziecka zabitego mówi, żem ją opuścił, idąc w straszne tajnie
złego.
Nigdy nie ujrzym się już - -
Mrok, w górze nade mną, zagryzł moje serce.
Wola moja zabija! Nikt nie ujmie męki!. 203
Idę, w ogniu milczenia, w mogile kamiennej udręki!...
Wśród zwątpienia słucham trującej Szatanów nauki.
Zamek duszy w ruinie! Jeszcze w podziemia iść muszę -
tak morderca przygląda się miejscu...
Nagły krzyk - męczonego na torturach wariata?
nie, zagrzebanej żywcem Miłości.
Myśl się ma oniemia...
wrzask, śmiech straszliwy - bicie głową na murach więzienia w ciemności -
milczenie mogił: bluźnierstwo wszechświata!
Tłum zamaskowanych idzie przez cmentarze w mroku,
niosą pochodnie jarzące ku wielkiej przedpogrzebnej wieży.
Ktoś za mną szepcze: - "Ciebie On z łowczych wyzwoli obieży - !"
Obróciłem się nagle - widmo znikło. Padam w zarosły trawą grobowiec i
twarz kryję.
Głoskami Baltazarowymi tu milczenie wyje.
Taras nad morzem. Huczący orkan złowieszczego mroku.
Zmurszałe drżą wieże, palą się krużganki...
Z wyżyn piekła runąłem -
w mrok, w mrok! w czeluście Ananki!


Na koralowych snu księżycach
Ciebie me skrzypki sławią, Pani!
do ciemnej schodząc mar otchłani
zapalasz kwiaty na łzawnicach.
Uwiędłe serce, jak dzieciątko,
tulisz do piersi obłąkanej
i dziwnej pieśni - nie wygranej -
bawisz nadziemną pamiątką.
Już się godzina zaćmień zbliża,
kiedy mię z Tobą Bóg rozdzieli -
Ciebie uniosą w chór anieli,
a mnie przybiją do stóp krzyża.